poniedziałek, 5 grudnia 2016

Empatyczni hejterzy.


Buchtując po internetowej przestrzeni można znaleźć stosunkowo niewielkie poletko, na którym toczy się pasjonujący, ideologiczny pojedynek o rząd dusz.  Mający również wymiar materialny. Teoretycznie spektakl napędzany jest odmiennym postrzeganiem Matki Natury oraz miejsca jakie zajmuje lub powinien zajmować w niej człowiek. W samo południe i niepołudnie, w świątki, piątki i niedziele, możemy wejść do Internetu, by z paczką chrupek i piwem w ręku podziwiać stojące naprzeciw siebie dwie społeczności: promyśliwską oraz antymyśliwską. W tym starciu obowiązuje tylko jedna reguła: cel uświęca hejt.

Dlatego przeciwnicy łowiectwa ze szczególnym uwielbieniem korzystają z wirtualnej przemocy. Zdecydowanie częściej strzelają to w plecy, to w potylicę, niż dźgają z odrobiną wyrafinowania:
„Wy Ci mordercy, którzy mordują dla zabawy i chorych fantazji myśliwi jebanymi kurwami jesteście i śmieciami oraz totalnym dnem, które trzeba zneutralizować. Na sybir kurwy wywieść do kamieniołomów na wieczne roboty i niech niedźwiedzie dupy wam pourywają”.
(pisownia oryginalna)
Szokujące? Żałosne? Może nawet śmieszne? Ale prawdziwe! Witamy na cyfrowym, baaardzo Dzikim Zachodzie! Choć przyznajemy, że nawet na nas współczynnik obalający takich lub podobnych wypowiedzi robi nie lada wrażenie. Widocznie jako weterani nie zdehumanizowaliśmy się doszczętnie, by przywyknąć do owych brutalnych standardów. Chyba większość myśliwych korzystających nie tylko z Internetu, ale przede wszystkim czytających Brać Łowiecką czuje, że w ostatnich latach coś się zmieniło. Jako grupa społeczna, a także indywidualnie, coraz częściej padamy ofiarą hejtu w Internecie. Lecz mimo tej wspólnej martyrologii, którą dzielimy się chętnie niczym bożonarodzeniowym opłatkiem, tak naprawdę nie zdefiniowaliśmy samego zjawiska hejtu: tego czym jest, z czego się rodzi i jak można sobie z nim radzić. Warto więc wyjść na chwilę poza nasze łowieckie poletko, by nieco szerzej spojrzeć na cały problem.

Hejt to nic innego jak zapożyczone z języka angielskiego nowe imię nienawiści, które świetnie sprawdza się jako rodzaj nowomowy, maskującej rzeczywiste przejawy agresji.  Autorom krzywdzących komentarzy zdecydowanie łatwiej przyznać się do „niewinnego” hejtowania poglądów innych osób niż otwarcie powiedzieć, że posługują się słowną przemocą. W końcu nie można ot tak zdeprecjonować własnego samozadowolenia z dokopania „temu debilowi w zielonym kapelusiku z piórkiem” – nawet jeśli jest to działanie niepożądane społecznie. Przykładowo z badań SW Research 2014 na temat zjawiska hejtu wynika, że co czwarta osoba korzystająca z Internetu padła ofiarą hejtera, a ponad 11% użytkowników przyznaje się do obraźliwego komentowania innych ludzi. I raczej lepiej nie będzie. Lepiej już było, ponieważ fala agresji niepokojąco narasta z każdym rokiem.

Psycholodzy nowych technologii upatrują źródeł hejtu przede wszystkim w samej specyfice komunikacji internetowej, w której nie istnieją normy kulturowe, społeczne czy prawne spajające społeczeństwo w świecie rzeczywistym. Ten wirtualny Dziki Zachód, gdzie liczy się wyłącznie to, co internauta uważa za słuszne i dające mu wolność a wszelkie ograniczenia spotykają się z brakiem akceptacji, stanowi ogromną pokusę. W końcu w codziennym życiu każdy z nas pełni określone role, nieustannie dopasowując się do społecznych ram. Internet pozwala zrzucić te „kajdany” i dać ponieść się skrajnie egoistycznym zachowaniom. Na wirtualnym Dzikim Zachodzie niebywale atrakcyjnym wyborem - zwłaszcza wśród osób młodych, nieśmiałych bądź agresywnych – jest wcielenie się w rolę „wojownika”. W ten sposób łatwo zaspokoić potrzebę prowadzenia walki „w słusznym celu”. Brutalna rozprawa z potencjalnym wrogiem ideologicznym daje poczucie władzy oraz wzmacnia poczucie własnej wartości . „Wojownicy” wyrażają nienawiść tym łatwiej, im szerzej i głębiej zachodzi u nich proces dehumanizujący ich ofiary. Dokonują więc wielu ekwilibrystycznych interpretacji, tworząc niejako portret psychologiczny wroga, aby zdecydowanie łatwiej było go jednoznacznie określić i wdeptać w ziemię. Naturalnie im wyższą pozycję społeczną zajmuje atakowana osoba, tym hejt smakuje lepiej. Niestety wszystko to tworzy koktajl, w którym wszelka logika i działania zostają sprowadzone do najbardziej prymitywnego poziomu.

Z tej perspektywy łatwiej zrozumieć jak wdzięcznym polem społecznego konfliktu jest łowiectwo i jak wymarzonym obiektem hejterskiego linczu są myśliwi. Zwłaszcza, że zabijanie wciąż jest tabu. Zaś zabijanie dzikich zwierząt – symboli wolności, piękna i pokoju, które można do woli infantylnie idealizować, skrywając pod nimi kompleksy na punkcie własnego człowieczeństwa oraz lęk towarzyszący umieraniu – to tabu wyładowane prochem. Wystarczy pomóc mu spotkać się z ogniem – co doskonale rozumieją różnej maści ruchy ekologistyczne. Ludzie Przeciw Myśliwym, Adam Wajrak, polska filia eko-koncernu WWF z Kingą Rusin na czele, koalicja Niech Żyją i inni regularnie dostarczając ognia są głównymi producentami antymyśliwskiego hejtu na rodzimym poletku internetowym. Do czego oczywiście się nie przyznają, zaklinając rzeczywistość szczytnymi hasłami. I właśnie taka mentalność powoduje, że nieskrępowane wyrażanie wrogości czy agresji jako metody komunikowania się z ludźmi w sieci znajduje coraz większy poklask.

Co robić? Wg specjalistów najskuteczniejszym rozwiązaniem, które wymaga jednak konsekwentnej pracy od podstaw jest tzw. trening empatii. Założenie jest proste: jeśli od najmłodszych lat dzieci będą uczyć się zarówno w szkole jak i w rodzinie, że internetowa przemoc również boli, że po drugiej stronie, za monitorem znajduje się żywy, odczuwający ból człowiek, to szanse na rozwój hejtu w przyszłości zmaleją.

Oczywiście wszystko brzmi ładnie, a nawet pięknie, gdyby nie jedno pikantne „ale”… Przecież nie od dziś nam, myśliwym, wiadomo, że najbardziej empatycznymi osobami są ekologistyczni aktywiści. Z trójcą świętą w postaci Zenona Kruczyńskiego, Adama Wajraka i Kingi Rusin na podium. To właśnie oni wraz z rzeszami swoich fanów, waląc w myśliwych, prawią kazania z pozycji osób niemal krystalicznie wrażliwych, przekonanych o własnej, wyższej moralności. Jak więc można takim ludziom zalecać trening empatii? Czy to nie bluźnierstwo? Choć podejrzewamy, że istnieje też inne wyjście z tej niekomfortowej sytuacji. Otóż wspomniana trójca być może stanowi przykład podgatunku internetowego hejtera – Hejterus empaticus. Cechującego się wyjątkowo wybiórczą, ale jednak empatią. Wtedy wszystko się zgadza i z pewnością warto, by włączyli się w powszechną pracę nad poszerzaniem empatycznych horyzontów.

Jako, że trening bez wątpienia potrwa, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zaproponowali autorskiego przepisu na szybkie poradzenie sobie z internetową patologią. Przepisu, który zaczerpnęliśmy prosto z pokotu tegorocznego Hubertusa Spalskiego. Podziwiając ekologistów namiętnie przytulających się do martwej zwierzyny, doszliśmy do wniosku, że nie pozostaje nic innego jak uszyć sobie kombinezony imitujące jelenie, dziki, sarny i muflony też. Surfując po Internecie w takim stroju mamy szansę nie tylko zmylić prześladowcę, ale budząc jego empatię sprawić, że zobaczy w nas człowieka.

sobota, 26 listopada 2016

Symbol WILK.


Na początku bieżącego roku wielu mieszkańców większych polskich miast było świadkami nabożeństw, noszących właściwie znamiona cyrków z udziałem zwierząt. Chociaż inicjatorzy i organizatorzy tych spektakli raczej niechętnie przyglądają się wykorzystywaniu braci mniejszych na arenach cyrkowych. Warszawiacy, Gdańszczanie, Krakowiacy, obywatele Poznania, Rzeszowa i Olsztyna mieli okazję „dołączyć do watahy“, „zawyć z wilkiem“, „pobiegać z wilkiem“, „zaadoptować wilka“, „uratować wilka“ w czasie „godzin dla wilka“ oraz  poza nimi w trakcie happeningów urządzonych przez polską filię międzynarodowego koncernu ekologistycznego WWF. Ofert skłanianiających do pomodlenia się z wilkiem lub  dostania wilka nie było. Być może już w następnym sezonie WWF rozszerzy o nie zakres swych usług dla klientów przedstawień w wybrukowanej naturze. Polacy mieli do wyboru zarówno „ruszyć na ratunek wilkowi“ jak i „stanąć murem za wilkiem“ – co wydaje się dość karkołomne, zwłaszcza, gdy akurat „biega się z wilkiem“. Naturalnie nie mogło zabraknąć dozy dreszczyku – jak w każdej dobrej inscenizacji teatralnej. Nad adorowanym jako „rodzinne, troskliwe, odpowiedzialne“ (aczkolwiek nie bardzo wiadomo za co) zwierzęciem wisi permanentne niebezpieczeństwo związane z uśmiercaniem go przez ludzi, co grozi tym, iż „sytuacja tego gatunku może sie pogorszyć, choć jest objęty ustawową ochroną“. Zatem „wilkowi w Polsce potrzebne jest coś więcej niż prawo, wilkowi potrzebna jest wielka i silna wataha przyjaciół, którzy staną murem za wilkiem“. Naturalnie wataha uiszczająca składki ze stojącym na jej czele Pawłem, basiorem alfa, Średzińskim - rzecznikiem koncernu. Bez którego pomocy wilk w Polsce podobno by nie przeżył. Przedstawienia live odbywały się wyłącznie w większych miastach Polski. Miejscowości mniejsze i wsie, szczególnie w regionach, gdzie rzeczywiście występują wilki oraz mieszkają hodowcy baranów, koncernowa trupa teatralna oczywiście starannie omijała. Równolegle odbywały się inne wydarzenia o charakterze prywatnym na rzecz gwiazdora w szarym futrze. Redaktor Adam Wajrak oferował coś w rodzaju teatru jednego autora: jeżdząc wzdłuż i wszerz Polski niczym proboszcz na spóznionej kolędzie promując siebie, czyli Adama Wajraka, świeżo napisaną książkę o wilkach oraz, prawdopodobnie, też wilki. Z recenzji tych przedstawień w prasie wyborczej biła parawigilijna atmosfera: z kazaniami, jowialnymi rozmowami z parafianami, kurtuazją wobec parafianek, głaskaniem dziatwy po główkach i rozdawaniem świętych obrazków z własnoręcznie namalowaną podobizną „zbawiciela“ wilka włącznie. Różnica mogła polegać ewentualnie na tym, że księża pojawiają się na spotkaniach z parafią raczej w wykrochmalonej sutannie, ogoleni i nie sprzedają ksiąg własnego autorstwa. Jak zwykle dopisali również doktorzy: Sabina Pierużek-Nowak oraz Robert W. Mysłajek ze Stowarzyszenia dla Natury Wilk. Wydarzenia, o których powyżej mowa doskonale ilustrują pewne zjawisko związane z ochroną przyrody i społecznym ruchem na jej rzecz . Jest nim używanie i nadużywanie niektórych zwierząt jako symboli. Pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się reklamami WWF apelującymi o dołączenie do roju jakichś chronionych much tudzież innych owadów parasocjalnych. Albo kolonii rzadkich susłów. Możemy sobie również wyobrazić „tłumy“ hojnych darczyńców, które przybyłyby w godzinę dla ropuchy, aby wspólnie z panem Średzińskim zarechotać dla żab. Też ściśle chronionych. Zaś twórczość pielgrzyma z Puszczy Białowieskiej, uprawiającego teatr jednego autora, nie pociagałaby tylu czytelników, gdyby była poświęcona stworzeniu znanemu, ale mniej popularnemu niż wilk -  na przykład szczurowi śniademu. Kreowany na „pięknego, dzikiego i wolnego, a jednocześnie delikatnego i bardzo wrażliwego“ wilk ma doskonałe predyspozycje do zajęcia honorowego miejsca na ołtarzu WWF-u i nie tylko. Tak jak Bruce Willis do reklamowania wódki. Ruch na rzecz ochrony przyrody i jego satelity potrzebują symboli: pandy, szarotki, żubra, orła przedniego, wieloryba, dzięcioła białogrzbietego. Niczym ryba wody albo skarabeusz odchodów. Zwierząt znanych, przyciągających uwagę, najlepiej rzadkich, zagrożonych wyginięciem, stojących wysoko na skali „popularności“, „sympatycznych“, budzących podziw i fascynację – niezależnie od tego, iż polaryzujących. Symbole przyciągają, pozwalają komunikować inne tresci oraz idee. Są środkiem zwrócenia na siebie uwagi i ułatwiają generowanie zysków – ani przedsiębiorca literat z Teremisek, ani filia WWF nie zanotowałyby zapewne specjalnych ruchów na kontach w przypadku akcji promocyjnej na rzecz rzęsorka mniejszego. Nie wiadomo czy coś takiego wzięłaby do ręki i zaadoptowała pani Kinga Rusin. Choć rzęsorki to miłe i stworzenia i w dotyku przyjemniejsze niż chropowata kora jodły karpackiej. Publiczne żerowanie na symbolach przynosi NGO-som tym lepsze efekty im rzadszym i bardziej zagrożonym jest dany gwiazdor. A w przypadku obiektywnego braku takich atrybutów ochrońcy sami je kreują. Wilk jest w istocie gatunkiem mającym na Czerwonej Liście IUCN status najniższego zagrożenia. Jest w Europie gatunkiem priorytetowym z załączników II i IV Dyrektywy Siedliskowej, lecz polska populacja zaliczona jest do załącznika V, który nie wymaga ochrony ścisłej w naszym kraju. Mimo to, czytając niekiedy wynurzenia strażników skarbonki, czyli świętego zwierzęcia, można odnieść niekiedy wrażenie, iż ten gatunek wkrótce wymrze.  Tymczasem wilki zwiększają zasięg występowania a ich liczebność w ostatnich latach rośnie. Wykazując, w przeciwieństwie do wielu innych gatunków, pozytywny trend, który każe – niezależnie od wielu problemów – optymistycznie traktować przyszłość tego gatunku w Polsce.  Ten optymizm nie ma jednak prawa zaistnieć w propagandzie i promocji symboli, ponieważ mógłby rezultować spadkiem zainteresowania, ofiarności darczyncow i ostatecznie wpływów. O powyższym warto pamietać, gdy po raz kolejny zabrzmią dzwony wzywające na nieszpory z okazji „godziny dla WWF-u“ w intencji tego lub innego świętego zwierzęcia. NGOsy i cały „ruch“, włącznie z częścią naukowców, będą nadal usilnie mobilizować media, społeczeństwo oraz bronić świętości i statusu tego drapieżnika jak niepodległości. Tylko bardziej – bo ta „niepodległość“ ma dla nich zarówno wartość ideową, marketingową, jak i jest źródłem konkretnych – przyziemnych – korzyści w euro-złotówkach. Jednak tylko do momentu, kiedy chronione zwierzęta nie zaczną generować ryzyka, poważnych problemów ogólnospołecznych czy też ekonomicznych. Wtedy blask propagandowego gwiazdora blaknie i nikt już nie zaprasza do popluskania się z bobrem. A WWF szuka sobie następnej ofiary. Tak zwanego symbolu.

wtorek, 12 lipca 2016

Po co profesorowi WEINEROWI puszcze? Czyli kryzys na UJ.

W Tygodniku Powszechnym 25 czerwca 2016 roku ukazał się artykuł profesora Januarego Weinera „Po co nam puszcza“. Zdaniem autora aktualne wydarzenia i konflikt wokół Puszczy Białowieskiej są wyrazem kryzysu systemu wartości determinującego współczesne podejście do przyrody i jej ochrony w Polsce. W rzeczywistości trudno dopatrzeć się kryzysu tam, gdzie chce go widzieć specjalista w dziedzinie ekologii z Uniwerystetu Jagiellońskiego - choć wiele symptomów sporu o Las Białowieski każe krytycznie przyjrzeć się tłu tego konfliktu. Po porcji trywialnej ekologii dla gospodyń domowych, ekolog z Krakowa przechodzi w artykule do krytyki plantacji desek i ich plantatorów, sławiąc następnie jedyny w Europie i na świecie Las Białowieski, by zakończyć artykuł lamentem z powodu kryzysu, użycia siły oraz przestrogą, iż nie da się drugi raz wejść do tej samej rzeki. Przez cały wywód naukowiec z Uniwersytetu Jagiellońskiego niesie przed sobą jak monstrancję szereg pojęć. Dominuje „ochrona przyrody“ odmieniana chyba we wszystkich przypadkach, której towarzyszą „naturalność“, „park“ , „bioróżnororodność“ doprawiane „ekosystemem“ oraz  innymi „ekozwrotami“, a nawet „dziewictwem“. Problem polega na tym, że te pojęcia nie są ani obiektywnymi, ani uniwersalnymi – tak jak na przykład w matematyce wynik 2+2=4. Wyglądają spójnie i dobrze funkcjonują, lecz tylko z daleka i raczej w charakterze skrótów myślowych, natomiast ich konkretna wykładnia bazuje na subiektywnym podejściu i poglądach. Samo pojęcie - obecnie bardzo poprawne politycznie - „ochrona przyrody“ wygląda tylko pozornie neutralnie i  pobożnie. Już dywagacje nad podstawową częścią tego pojęcia, czyli tym co to jest przyroda, gdzie ona się właściwie zaczyna i gdzie kończy oraz jakie miejsce zajmuje w niej człowiek włącznie ze ssakiem albo koroną stworzenia zatrudnioną na Uniwersytecie Jagiellońskim, przynoszą raczej mierne rezultaty. Jeszcze gorzej wygląda z „ochroną“ oznaczającą a priori opiekę eliminowanie zagrożeń, zachowanie trwałości. Płynność tego i wielu innych pojęć oraz ich subiektywna interpretacja składają się na fakt, iż owych „ochron“ może być tyle, ilu profesorów się nimi zajmuje. W przypadku artykułu w Tygodniku Powszechnym mowa jest na szczęście tylko o dwóch. Tej profesora Szyszki i tej profesora Weinera. Z których każda zasługuje w pełni na miano najmojszej. Identycznie rzecz ma się z “naturalnością”, o której nie wiadomo gdzie się kończy i gdzie się zaczyna. Na ile naturalnym jest fikus rosnący w gabinecie naukowca z UJ, a na ile nienaturalnym dąb zasadzony pół wieku temu w Lesie Białowieskim? Na ile wiarygodny jest profesor ekologii, piszący o naturalności i walczący o “dobro gatunku zwornikowego”, czyli kornika drukarza, który nie zawalczy o inny zwornik w postaci wirusa wścieklizny? Każda gospodyni domowa po wykładzie ekologii trywialnej ma przecież prawo zadać pytanie dlaczego żaden z aktywistów i autorytetów nie rusza jakoś w bój o przywrócenie dla Lasu Białowieskiego tego naturalnego składnika ekosystemu? Kiedy można spodziewać się hymnu o pożytkach z naturalnej śmierci zwierząt – wilków, rysi, lisów - ze strony piewców pożytków ze śmierci drzew w imię walki o naturalność? Gdzie są plakaty WWF i Greenpeace: “więcej wirusa wścieklizny, mniej szyszki w Puszczy Kabackiej!” (lub w innej). Warto się o to ekologów spytać. Nawet nie mając – tak jak niżej podpisany – pojęcia o ekologii.

Znaczenie niektorych pojęć ewoluuje na dodatek w czasie i przestrzeni. Tak jak przyroda, tylko szybciej. Określenie “park narodowy” pochodzi rzeczywiście od parku. Z ławeczkami i klombami. Od Central Parku w Nowym Jorku, który był wzorcem i źródłem idei zachowania i objęcią “ochroną” przestrzeni zwanej Yellowstone, posiadającej wyjątkowe walory estetyczne. Ochronie “for people”- dla ludzi, a nie “for nature”- dla przyrody. O czym zdaje się zapomniał dodać profesor Weiner. Moda na ochronę przyrody jako abstrakcyjnej “wartości samej w sobie” w naszym kręgu kulturowym, która w wyobrażeniach naukowca z Krakowa realizowana ma być w postaci Świętego Gaju obejmującego cały Las Białowieski, jest stosunkowo młoda, choć jej korzenie sięgają epoki romantyzmu. Jej upowszechnienie nastąpiło wraz z rozwojem społecznego ruchu na rzecz ochrony środowiska i przyrody. Motyw ten przybiera nieraz współcześnie formę zjawiska pseudoreligijnego z najwyższą wartością jaką przedstawia sobą natura. Jednak tam gdzie zaczyna się wiara, pojawiają się dogmaty i kończy się racjonalność oraz gotowość do kompromisów. Naukowiec z Krakowa pisze o „konieczności ochrony przyrody nawet kosztem doraźnych interesów człowieka“. W innym miejscu lamentując nad zagrożeniem prawa grupy ludzi (mniejszości czy też większości) do wyznawania reprezentowanych przez nich wartości i wiary. Czyli absolutnego prawa do modlitw (i badań) w namiastce biblijnego ogrodu Eden koło Hajnówki po wypędzeniu z niego drwala Adama i stażystki Ewy z Lasow Państwowych. Profesor Weiner nie definiuje jednak – bądź jest mu to kompletnie obojętnym – kosztem którego człowieka, których ludzi ma się odbywać realizacja prawa do adoracji “naturalnej naturalności” (naturalnie bez wirusa wścieklizny). Tymczasem Las Białowieski jest miejscem w Europie gdzie żyją i umierają nie tylko drzewa, żubry, korniki lecz również ludzie. Ludzie, których prawa, tradycje i styl życia również stanowią “wartość samą w sobie”. To przestrzeń, w której zarówno ludzie z niej korzystający jak i las, z którym są oni związani mają wspólną historię i przeszłość. Przeszłość, która wywarła piętno na owym lesie, gdzie po roku 1945 posadzono 20000 hektarów lasu, po uprzednim zabiciu drzew. Dębów tak samo naturalnych jak fikus w gabinecie profesora z Krakowa. Albo tak samo nienaturalnych. Jest to las pocięty “eksploatacyjną” szachownicą dróg z mnóstwem innych śladów kultywowania krajobrazu. Jednocześnie przestrzeń gdzie zachowały się fragmenty z czasów gdy użytkowanie ograniczało się do zabijania zwierząt, a nie obejmowało zabijania drzew. Las z różnorodnością biologiczną i kulturową w postaci mozaiki obszarów użytkowanych materialnie i niematerialnie. Chronionych i eksploatowanych. Spełniający już dziś potrzeby w zakresie duchowych i materialnych relacji z przyrodą. Tak wygląda zdaje się dziś obraz Lasu Białowieskiego - jeśli spojrzeć na ten fragment podlaskiego krajobrazu trzeźwo i po zdjęciu ideo-ekologicznych okularów.

Rozdzierający szloch profesora z Krakowa z powodu “zakłóceń w hierarchi wartości”  rezultuje z aktualnych zmian politycznych. W gruncie rzeczy jednak to tylko jedna najmojsza wizja przyszłości tego lasu zastąpiła inna najmojszą. To zastępstwo wcale nie jest wyrazem jakiegoś kryzysu, lecz demokracji. Właściwy kryzys to sam konflikt wokół Lasu Białowieskiego, w którym brak widoków na kompromisy. Przy czym “układu sił” w tym konflikcie wcale nie odzwierciedla zmiana na politycznych stołkach, lecz stojący naprzeciw siebie ludzie. Z jednej strony mała lokalna, słabo zorganizowana społeczność i służba zwana leśną , wisząca na politycznej smyczy, a z drugiej strony zjednoczony krajowy ruch ekologistyczny, międzynarodowe ekokoncerny, lobby medialne – włącznie z Tygodnikiem Powszechnym, część naukowców i politycy. Stroną aktywną tego kofliktu nie są przeciwnicy ogłoszenia całego Lasu Białowieskiego biblijnym ekoogrodem Eden imienia profesora Weinera. Ani mieszkańcy Białowieży, ani Hajnówki nie domagają się przerobienia dębów Jagiełły na trumny, nie okupują dachu siedziby Białowieskiego Parku Narodowego domagając się zaorania Świętych Gajów w Lesie Białowieskim i posadzenia w tych miejscach nienaturalnych dębów. Zarówno mieszkańcy jak i leśnicy chcą po prostu żyć i pracować. Wbrew temu, co pisze czujący się pokrzywdzonym profesor z Krakowa, nie wiadomo kto jest Dawidem, a kto Goliatem. Ten konflikt – niezależnie od decyzji politycznych – nie wróży nic dobrego na przyszłość. Jest on potrzebny niektórym z aktorów, mogącym w ten sposób zaistnieć, czerpać większe materialne i wizerunkowe zyski z uprawianego ekobiznesu. Oliwy do ognia dolewają też media i politycy realizujący własne cele, które ani z kornikiem, ani ze świerkiem czy hubami nie mają nic do czynienia. Niezależnie od wyniku będzie on rzutował na przyszłe relacje społeczne związane z podejściem do przyrody i jej ochrony. Bez względu na to kto i jak będzie te pojęcia definiował. I to wlaśnie  jest niepokojącym tłem wydarzeń związanych z Lasem Białowieskim. Profesor ekologii z Krakowa dający wyraz temu, że wszystkie inne argumenty poza jego jedyną racją czyli ekologiczną są niby-naukowe myli się, twierdząc, że konflikt ma niewiele do czynienia z nauką. Ma. Być może najwyższy czas by tym sporem zajęli się wreszcie intensywniej naukowcy. Tylko nie biolodzy a psycholodzy.

Mylący jest również tytuł artykułu – można przeczytać - “Po o nam puszcze”, a powinien właściwie brzmieć “Po co profesorowi Weinerowi puszcze”. Jeśli ktoś rzeczywiście jest zainteresowany „Po co mu puszcza“, winien wrzucić do kosza artykuł profesora, razem z powyższym komentarzem, wziąć kilka dni urlopu, wsiąść do pociagu czy samochodu i pojechać na Podlasie gdzie od tysiącleci rośnie Las Białowieski, zwany też puszczą. Lub do innego lasu. Zobaczyć, dotknąć powąchać i poczuć, porozmawiać z ludźmi, którzy tam żyją i pracują, wysłuchać racji broniących w lesie wartości abstrakcyjnych oraz racji tych, którzy bronią wartości mniej abstrakcyjnych. Wysłuchać nie tylko kazań o racjach najmojszych, lecz przekonać się także o wynikach realizacji tych racji. Rezultatach ekologicznych, ekonomicznych i społecznych. Żeby wyrobić sobie własne zdanie na temat własnych potrzeb. Bo “nam” niepotrzebne są w gruncie rzeczy “puszcze” – werbalne wydmuszki przy pomocy których rozgrywane są narodowe wojenki i realizowane indywidualne czy grupowe interesy bądź  forsowane te czy inne ideologie.  „Nam“ potrzebne są lasy, w których można znaleźć zarówno ślady czasów minionych, które już nigdy nie wrócą jak i teraźniejszość w postaci różnorodnych wartości materialnych i niematerialnych zamiast lamentów i wiórów lecących w sporach o puszcze najmojsze.

buce w zielonych kapelusikach
Ilustracja przedstawia pierwotny, czyli pierwszy wzorzec wiekowego, czyli najstarszego parku narodowego na świecie. Czyli park chrzestny Parku w Lesie Białowieskim - Central Park New York.
Ekologii niech bendom dzienki...

wtorek, 7 czerwca 2016

Dzień warchlaczka-patelniaczka. Czyli Dziecka.

Świerklaniec leży na Śląsku. Jest siedzibą nadleśnictwa o tej samej nazwie, które prowadzi własny profil na fejsbuku. 1 czerwca br. z okazji Dnia Dziecka ukazały się na nim dość trudne do zinterpretowania życzenia tej treści:
Dopiero gdzieś na poczatku XX wieku zaczęto gdybać na temat ewentualnego poświęcenia jednego dnia w roku, by zwrócić uwagę na prawa dzieci, ich potrzeby i obowiązki dorosłych wobec tej grupy obywateli. Przełom stanowiły traumatyczne doświadczenia I Wojny Światowej, po których pierwsze państwo na świecie uznało potrzebę oficjalnego ustanowienia Dnia Dziecka. Była to Turcja, gdzie Święto Dzieci celebrowane jest już od prawie 100 lat, bo od 1920 roku – jednak nie pierwszego czerwca, tylko 23 kwietnia. Nie wiadomo czy tureccy muzułmanie byliby specjalnie zbudowani gdyby z okazji tego święta ktoś składał życzenia ich pociechom ilustrowane podobizną młodej dzikiej, ale świni. Dziś Dzień Dziecka obchodzony jest w 145 krajach – w Polsce oficjalnie od lat 50–tych. Naturalnie jest to tradycyjna już okazja do zwrócenia szczególnej uwagi na potrzeby dzieci znajdujące się w tym dniu w centrum uwagi: czy to w domu, czy w przestrzeni publicznej, składając życzenia i tym samym wyrażenia troski o ich przyszłość. Encyklika świerklaniecka z okazji Dnia Dziecka, Warchlaka, Pisklaka i Łoszaka, do której dołączyli się też leśnicy z Ziemi Wieluńskiej,  jest jednak dość osobliwa i skłania do refleksji. Nie wiadomo czy Nadleśnictwo Świerklaniec lub Wieluń wpadłyby na pomysł zilustrowania Dnia Mamy adekwatnymi do powagi i  znaczenia tego Święta obrazkami w podobnym stylu jak składane dzieciom życzenia.
Pozostaje dać się zaskoczyć, co zaoferuje edukacja leśna na te okoliczności w przyszłości - szczególnie na Dzień Taty. W każdym bądź razie, gdyby świerklanieccy leśnicy byli zainteresowani, chętnie dostarczymy znacznie więcej poglądowego materiału ze zwierzątkami na wszystkie takie okazje. Również na Dzień Zmarłych.

Świerklaniecko-wieluńska encyklika na Dzień Warchlaka, Łoszaka, Pisklaka oraz Dziecka wpisuje się w trend związany z antropomorfizacją zwierzat – przypisywaniem im „ludzkich“ atrybutów. Młoda sarenka tudzież dzika świnka budzą „naturalne“ skojarzenia z dziećmi. Zaś ich widok wyzwala instynkty opiekuńcze w każdym przedstawicielu gatunku Homo sapiens. W przedstawicielkach nawet szczegolnie. Niezaleznie od tego czy noszą mundury służby leśnej. Jednak przekroczenie pewnych granic w tym zakresie rezultuje Syndromem Bambi – zjawiskiem, które sprowadza się do naiwnego, wyidealizowanego czy wręcz infantylnego postrzegania przyrody i relacji z nią. Budzi oczekiwania i wyobrażenia, które nie mają nic wspólnego z realiami otaczającymi biura Nadleśnictw Świerklaniec i Wieluń.

Szanse na spełnienie się życzeń, które załogi nadleśnictw kierują najwyraźniej też pod adresem wyeksponowanego Warchlaczka, są w przypadku tego akurat solenizanta praktycznie zerowe. Najwyżej co dziesiąty Warchlaczek osiągnie wiek 3-4 lat, kiedy to pociechy leśnych edukatorów potrafią mniej więcej zrozumieć przeczytany im tekst życzeń i ogarnąć obrazki. Połowa zginie zresztą w ciągu pierwszych kilkunastu tygodni życia (jeśli kolektywy N-ctw Swierklaniec i Wieluń lubią grillowanie, to więcej). Osiągnięcie zaś przez Warchlaczka wieku 7 lat – kiedy Dzieci są w stanie same przeczytać płynące przesłanie i złożone życzenia – graniczy z cudem. Skierowane więc do pasiatego dziecka życzenia powinny właściwie brzmieć: „Warchlaczku , a Ty nie masz nawet cienia szansy na to, by spełniło się to, czego życzymy Wszystkim Dzieciom, ale… korzystaj z niej“.  

Problem nie polega zasadniczo na tym, że ktoś zwizualizował w ten albo inny sposób równanie między różnymi Świętami, lecz na tym, że te obrazki oglądają też dzieci myślące. Myślące dalej niż do następnej linii oddziałowej lub kolejnego szkolenia dla misjonarek i misjonarzy Trwałej, Zrównoważonej i Wielofunkcyjnej Gospodarki Leśnej. Które to dzieci zdają sobie prędzej czy później sprawę z tego, że trzy miesiące po Dniu Dziecka Pan Leśniczy dał Warchlaczkowi, z którym obchodził Dzień Dziecka, w czapę. I zrobił z niego głównego bohatera grillowania z okazji uroczystego poświęcenia kolejnego zrębu zupełnego. A  Pan Nadleśniczy będzie słał elaboraty o wymordowanie w okolicach jak największej liczby jeleni bezpośrednio po składanych przez nadleśnictwo - również cielaczkom - życzeniach „przyjemnego wchodzenia w świat dorosłych“. Oraz z wielu, wielu innych spraw.
Zupełnie możliwe, iż na wypadek pytań i wątpliwości myślących dzieci związanych z tymi i innymi sprzecznościami między przekazem i realiami Nadleśnictwo Świerklaniec ma w zanadrzu przygotowany w centrali następny pakiet propagandowo-edukacyjny, w którym wyjaśni dzieciom, że warchlacze steki z grilla na zrębie rosną w supermarkecie lub że spełniły się marzenia o samobójstwie wiszącego w chłodni cielaka. Albo że chodzi o młodociane ofiary odrażających, brudnych i w zielonych kapelusikach. Czyli myśliwych. Z którymi kochający Warchlaczki, Pisklaczki, Łoszaczki i Cielaczki jak własne Dzieci leśnicy nie mają nic wspólnego.
Dlatego my również życzymy dzieciom z okazji ich Święta w roku ubiegłym, bieżącym oraz w latach następnych przede wszystkim zgodego z realiami i przesłaniem humanitaryzmu wychowania przez świadomych dorosłych na ŚWIADOMYCH dorosłych.

piątek, 3 czerwca 2016

Panią wilk kołeczkiem na stosie.

Likantropia jest częścią zjawiska występującego właściwie na całym globie i we wszystkich kulturach. Tych zwanych prymitywnymi i tych, które nazywają się cywilizowanymi. Polega na wierze w zdolność wcielania się ludzi w postacie różnych zwierząt. Likos oznacza po grecku wilk, antropos – człowiek. Wiara w wilkołaki, czyli ludzi przemieniających się w wilki, występuje wszędzie gdzie pokrywały się pierwotnie zasięgi występowania gatunku Homo Sapiens i Canis Lupus. Na Nową Zelandię, na przykład, wilkołaki dotarły dopiero krótko po królikach. Wilkołak był przez tysiąclecia postrzegany jako realna część otaczającej rzeczywistości. Został stosunkowo niedawno przepędzony z niej na papier i do ruchomych  obrazków w kinie i telewizji. Polacy mogą być dumni z tego, że prawdziwe  wilkołaki przeżyły w naszym krajobrazie dłużej niż tury. To znaczy przeżyło postrzeganie wilkołaków jako realnego zjawiska. Chociaż naturalnie niekoniecznie muszą być dumni.             

7 lipca 1901 roku w Myscowej, małej wiosce w Beskidach, kilku pasterzy było świadkami jak wilk porwał owcę z pastwiska i zaczął uciekać z nią do lasu. Chłopi rzucili się w pogoń za drapieżnikiem, lecz ten zmylił prześladowców i zniknął w mateczniku. Jednak na dróżce gdzie mieszkańcy Myscowej stracili go z oczu, pojawił się nagle miejscowy żebrak, Iwan Karczmarczyk. Chłopi obezwładnili natychmiast domniemanego wilkołaka przyjmując, iż ten nie mogąc uciec, użył fortelu i wrócił do swej ludzkiej postaci. Ciężko pobitego Iwana Karczmaczyka zaciągnięto w opłotki wsi domagając się, aby zdradził miejsce gdzie ukrył owcę. Życie uratował mu przebywający przypadkiem we wsi żandarm i (prawdopodobnie) brak osinowego kołka pod ręką. Sprawa miała swój epilog w sądzie, gdzie sprawcy bestialskiego pobicia zostali uznani winnymi i 25 listopada 1901 roku sąd skazał ich na kary od pięciu do dziesięciu dni aresztu. Jak okazało się w toku postępowania, nawet wójt Myscowej, niejaki Solenka, był święcie przekonany o wilkołactwie Karczmarczyka i bez najmniejszych skrupułów uczestniczył w pobiciu. Jeśli wierzyć Leszkowi Słupeckiemu – autorowi książki „Wojownicy i Wilkołaki” – „pan Karczmarczyk był przede wszystkim postacią prawdziwie historyczną: ostatnim poświadczonym źródłowo polskim wilkołakiem. A przynajmniej ostatnim człowiekiem o to na ziemiach polskich, posądzonym“. Z czystej ciekawości zadzwoniliśmy do pełniącego dzisiaj tę samą funkcję sołtysa wsi Myscowa w gminie Krempna z pytaniem,  czy czasami jakiś wilkołak nie kręci się po dziś dzień po okolicy. Sołtys niestety pierdolnął słuchawką gdy zrozumiał o co się rozchodzi. W leżącym w pobliżu Magurskim Parku Narodowym zatrudniony  jest specjalista od ochrony wilków z tytułem doktora nauk ekologicznych. Gdy spytaliśmy go o to samo co sołtysa, zaniemówił i do dzisiaj się nie odezwał. Tak więc na dobrą sprawę nie udało nam się zdobyć dowodu na to, że wilkołaki w naszych realiach nadal występują. Ale nie udało się zdobyć też dowodu na to, że nie występują, o czym później.      

Choć wilkołaki zniknęły z krajobrazu to w kulturze nadal notuje się ich obecność. W różnorakich – wirtualnych – formach. Można je spotkać stosunkowo często w literackich opisach, na ekranach kin lub w innych sztukach. Na przykład na rysunku pani Moniki Starowicz, mysliwej i artystki. Nie wiadomo czy pani Monika Starowicz używa do polowania srebrnej amunicji lub trzyma gdzieś podręczny kołek osinowy. Jednak polująca malarka ze Śląska potrafiła stworzyć na papierze przeuroczą interpretację wilkołaka. Sądząc po niektórych atrybutach - dorodnej wilkołaczki właściwie.
(Rysunek wilkołaka, będący kopią rysunku Moniki Starowicz w 2016 roku. Ponieważ właścicielka praw autorskich do wspomnianego wyżej rękodzieła nie wyraziła zgody na jego wykorzystanie do zilustrowania naszego bucowskiego materiału przed zapoznaniem się z jego treścią i zupełnie możliwe, że po zapoznaniu się z nią nie wyraziłaby jej w ogóle, na wszelki wypadek sięgnęliśmy po alternatywne środki wyrazu. Licząc oczywiście na wyobraźnię Pszeszanownych Parafian, którzy winni sobie z grubsza zwizualizować, o co się w tym rysunku rozchodzi. Jeśli ktuś takowej fantazji nie posiada, proszę się pilnie do nas zgłosić. Też nie pomożemy...)

Jest to przykład współczesnej – zgodnej z duchem naszych czasów i przesłaniem gender -interpretacji wilkczołaczej legendy. Pierwotnie była ona zdominowana przez ludzi zamieniających się raczej w basiory niż wadery. Czyli mężczyzn. Logiczne zresztą, jeśli wziąć pod uwagę, iż wspomniany wyżej Leszek Słupecki dopatruje się źródeł tego mitu w rytuałach związanych między innymi z inicjacją i przygotowywaniem się młodych ludzi do raczej krwawych zajęć zawodowych czyli wojny. Z niewiadomych powodów zdominowanych przez płeć mniej nadobną. Nie oznacza to, że przed pojawieniem się w polskiej sztuce ludowej – czyli nakręconego w Polsce Ludowej filmu „Wilczyca“ – motywu damskiego wilkołaka, panie w tej roli nie występowały. U progu czasów nowożytnych miała miejsce na przykład prawdziwa wysypka wilkołaczek w malowniczej Burgundii. Przez sto pięćdziesiąt lat na przełomie XVI i XVII wieku odbywało się w tym regionie bezlitosne i  bezwzględne polowanie na wilkołaczki, którym zarzucano konszachty z szatanem. Zaciekle je ścigano i palono żywcem na stosach. Pani Clauda Jeanprost miała na przykład  pod postacią wilczycy napadać na mieszkanców wioski Orcieres, zabijając ich, by w następstwie żywić się ich mięsem. Po skazaniu na śmierć w 1589 roku, została skatowana do nieprzytomności drewnianymi drągami i oddana na pastwę płomieni. Po każdym ataku wilków rozpoczynała się w tych okolicach nagonka w poszukiwaniu winnych i wystarczyło nieraz tylko parę zadrpań na ciele by – jak w przypadku pani Pierrette Vichart - oskarżyć kobietę o wilkołactwo, w ekspresowym tempie osądzić i skazać oraz spalić. O niesłychanym szczęściu mogła mówić pani Oudette Champon, która miała dostatecznie dużo pieniędzy na adwokatów, dzięki którym uniknęła stosu, by  wieść potem żywot raczej ubogi, a więc goły i niezbyt wesoły. Albo pani Guillemette Barnard - oskarżona o to, że zamieniwszy się w wilczycę ugryzła sąsiada kilkakrotnie w pośladki. Nie została spalona, lecz jedynie skazana na banicję. Sąd miał bowiem problemy z oskarżycielem, który w momenie pogryzienia był nawalony w trąbę i urwał mu się film. Interesującym jest, iż plaga wilkołaczek palonych masowo i z uporem godnym lepszej sprawy, występowała jedynie lokalnie - w Burgundii. Gdzie indziej raczej rzadko (u nas się wtedy tak czy owak paliło mało stosów). W Niemczech, na północ od Burgundii, w okolicach nadreńskiego Jülich krążyły około 1591 roku co prawda ulotki o 85 wilkołaczkach pożerających ludzi w tych okolicach, pokaranych ogniem na stosach. Miała to być przestroga dla wszystkich tamtejszych „świątobliwych niewiast i dziewcząt“. Ale treści tej ulotki nie potwierdzają żadne inne dokumenty i źródła historyczne. Być może chodziło o przedruk artykułu z jakiejś wczesnej Gazety Wyborczej? W przeciwieństwie też do „Wilczycy“ - głównej bohaterki powstałej dla ludu pracującego w Polsce Ludowej wersji legendy z wilkołaczką, którą przedstawiono jako erotomankę, źródła historyczne z Burgundii nie wspominają o jakichkolwiek ekscesach erotyczno–seksualnych z udziałem tamtejszych pań podejrzewanych o likantropię. Owszem, zarzuty dotyczyły zaduszeń, rozszarpań i pożarć ofiar zwierząt domowych i dzieci, ale żeby któraś z pań wilkołaczek wtedy kogoś uwiodła czy zgwałciła...? Na ten temat w kronikach nic nie ma. Niezależnie od tego, łowcy wilkołaczek z Burgundii wychodzili z założenia, iż podejrzane niewiasty oddawały się szatanowi i stąd brała się ich zdolność do przybierania wilczej postaci. Dowodem na to były zezania pań przyznających się do spółkowania z jakimś bliżej niezidentyfikowanym partnerem, który dysponował penisem o temperaturze poniżej zera – czyli lodowatym. Według ówczesnych seksuologów zatrudnionych w organach inkwizycji, było to jednoznaczną przesłanką wskazującą na przedstawiciela piekieł. Wszystkie podejrzane przyznawały się - prędzej czy później - podając nieraz temperaturę niektórych części partnerów z dokładnością do 1 stopnia Celsjusza. Nic dziwnego, ponieważ zeznawały z powolutku miażdżonymi kciukami w czymś w rodzaju współczesnego imadła. Naturalnie trudno spekulować na temat motywu Pani Moniki Starowicz – czyli powodu, dla którego niewinna biel kartki papieru skonfrontowana została przez nią z demoniczym wyrazem zaklętej w tuszu postaci wilkołaczki. Ale gdyby którys z autorów tego tekstu musiał zeznawać dlaczego popełnili niniejszy artykuł o likantropii i został skonfrontowany z podobnymi metodami przesłuchań jak kobiety z XVI-wiecznej Burgundii, to przyznałby się zapewne do wszystkiego. Nie tylko do temperatur partnerki.

Czy jednak wilkołaki, które od tysięcy lat towarzyszyły ludziom przeszły rzeczywiście całkowicie do wirtualnej przestrzeni? Bez względu na to, że nie udało nam się ich znaleźć w okolicach Myscowej, znaki na niebie i ziemi wskazują, że niekoniecznie wilkołaki istnieją jedynie w wyobrażeniach. Tyle tylko, że dziś likantropia nie jest wyrazem wiary w to, iż ludzie przyjmują postać zwierząt, lecz dokładnie odwrotnie. To wilk w wierzeniach ludu zurbanizowanego przyjmuje obecnie w coraz większym stopniu postać człowieka, jego cechy i atrybuty. Niezadługo ten lud - antropomorfizujący co się da -  ujrzawszy biegające po lesie szare stworzenie będzie zapewne święcie przekonany, że widzi właściwie jakiegoś pana Iwana Karczmarczyka. Czyli pana wilka.

(Pan wilk)


Źródła:
Leszek P. Słupecki „Wojownicy i wilkołaki” 2011
Frank Thadeusz „Teuflischer Beischlaf” Der Spiegel 34/2015
Hannah Priest „She-Wolf. A cultural history of female werewolves“ 2015



wtorek, 24 maja 2016

Bambistów Ci u nas dostatek. W zielonych kapelusikach z piórkiem też.


W organie naszym, Łowcu Polskim 5/2016, ukazał się artykuł „Fałszywy alarm“, w którym Marek Ledwosiński rekapituluje ostatnią drogę niedomagającego jenota z trawnika ciechocińskiego uzdrowiska.
Scenariusz opisanych wydarzeń doskonale oddaje realia czegoś co się nazywa zarządzaniem populacjami dziko żyjących zwierząt oraz skłania do refleksji nie tylko nad stanem głównego bohatera czyli jenota, ale też stanem umysłów i ducha zarządzających. Według relacji autora w Ciechocinku ktoś zauważył nietypowo zachowujące się, nietypowe zwierzę, w nietypowym miejscu, co spowodowało zawiadomienie policji. Policja zrobiła to co do niej należy, tj. zabezpieczyła. Nie wiadomo czy jenota przed wpływem otoczenia czy też otoczenie przed wpływem jenota. Zawiadamiając następnie stosowne służby miejskie czyli urząd. Stosowny urząd powiadomił stosownego powiatowego lekarza weterynarii. Stosowny powiatowy lekarz weterynarii poinformował z kolei stosownego miejscowego weterynarza. Tenże przyjechał, obejrzał zabezpieczonego jenota (lub zabezpieczony przed jenotem teren), a następnie zwrócił się do stosownego schroniska dla zwierząt. Stosowne schronisko nie przyjechało, tłumacząc się brakiem stosownego sprzętu, transportu i miejsca, gdzie zabezpieczonego jenota mogłoby schronić. Stosowny weterynarz zwrócił się wobec tego do myśliwego, który stosownie do wydanych dyspozycji i możliwości zastrzelił zwierzę, kończąc akt pierwszy dramatu. W akcie drugim podejrzewany o wściekliznę jenot został zbadany i okazał się wolny od wirusa. Co dla autora artykułu stanowiło namiastkę happy endu w formie dowodu na to, że Ziemia Ciechocińska wolna jest od tej zoonozy. Choć w gruncie rzeczy wynik badań dowodzi jedynie, że od wirusa wścieklizny wolny był jedynie trawnik sanatorium w Ciechocinku. Czy zachowanie zwierzęcia wynikało z innych schorzeń o mniejszym stopniu ryzyka dla ludzi i populacji jego gatunku niż wścieklizna? To najwidoczniej nie obchodziło nikogo. Autora artykułu też chyba nie. Pan Marek Ledwosiński przylepia za to łatkę „egzekutora” myśliwemu, który zwierzę zastrzelił, choć nie musiał, wspominając też coś o „sumieniu myśliwskim”. Nie wiadomo jednak czy autor pisałby o eutanazji zamiast egzekucji i o miłosierdziu zamiast sumienia, gdyby owego jenota uśmiercił osobiście weterynarz. Trochę też dziwne, jeśli uświadomić sobie, że autor sam należy do środowiska egzekutującego w innych okolicznościach tysiące zwierząt z tego gatunku. Bez okresów ochronnych, mogąc też odławiać te zwierzęta przy pomocy pułapek i uśmiercać przy pomocy metod stosowanych przy uboju zwierząt gospodarskich. Wszystko to w majestacie prawa i – jak pokazują w samym Łowcu Polskim dziesiątki zdjęć uśmierconych na polowaniu jenotów - bez specjalnych skrupułów oraz oznak żałoby u sprawców. 
Mimo sporej dozy czarnego humoru zawartej między wierszami powyższej historii, ona wcale nie jest zabawna. Na pewno nie dla zwierzęcia z trawnika lecz również w innym – szerszym - kontekście. Dowodzi bowiem zasadniczo dwóch rzeczy i każe się zastanowić nad trzecią. Po pierwsze – jak zauważa sam autor - jest dowodem na to, że w Ciechocinku „stosowne” służby mają problem z sytuacjami „wyjątkowymi”, związanymi z obecnością dzikich zwierząt na terenach zurbanizowanych. Kłopot taki sam jak w przeważającej części Polski gminno–powiatowej. Jest to kompleksowa kwestia ewidentnie zwiększającej się penetracji terenów zurbanizowanych przez coraz liczniejsze populacje niektórych gatunków, dynamiki infrastruktury oraz regulacji prawnych, rozwiązań organizacyjnych i - przede wszystkim - niedoboru środków finansowych. Ten stan rzeczy rezultuje nieraz dochodzeniem do groteskowych sytuacji odbijających się często szerokim, negatywnym echem w mediach. Nie widać jednak na razie na horyzoncie kompleksowych rozwiązań tego problemu i następny jenot, który pojawi się na trawniku ciechocińskiego sanatorium, lub gdzie indziej, spowoduje zapewne podobne albo i większe perturbacje. Po drugie, problematycznym stało się i staje się również społeczne postrzeganie tego rodzaju wydarzeń, z oczekiwaniami związanymi z powszechnie obowiązującym ekologizmem i poprawną politycznie biofilią. Budzi ona naiwne oczekiwania, graniczące nieraz z infantylizmem, sprowadzające się do chęci “uratowania” każdego dzikiego zwierzęcia, które znalazło się w opresji czy konflikcie. Tymczasem przyrodnicze, społeczne i ekonomiczne realia są brutalne. Jest raczej wyjątkiem niż zasadą, iż ranne w wyniku wypadku komunikacyjnego, bądź chore dzikie zwierzę, które opuścił instynkt samozachowawczy i refleks ucieczki w ogóle przeżywa. Niezależnie od zakresu udzielonej mu pomocy. Przyroda jest okrutna i za fasadą skaczących beztrosko sarenek, fruwających ptaszków oraz kwiatuszków ma miejsce bezwzględny proces przyrodniczy z własnymi regułami, na który mamy ograniczony wpływ - mogąc jedynie punktowo reagować zgodnie z przesłaniem humanitaryzmu, którego wyrazem jest nieraz wyłącznie wybór mniejszego zła. Formalnie rzecz biorąc – zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem – „zabezpieczony” w Ciechocinku jenot nie mógł “wrócić do środowiska naturalnego”. Jest to zwierzę uznane za “inwazyjne”, na jego przetrzymywanie wymagana jest zgoda Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Niedopuszczalnym i karalnym jest ponownie wypuszczanie przetrzymywanych zwierząt. Jenot z Ciechocinka miał w gruncie rzeczy niewiele alternatyw – zostać „zdanym na samego siebie”, by ewentualnie paść w wyniku obrażeń czy niewidocznych gołym okiem schorzeń, zostać uśmierconym bądź gnić w klatce do końca żywota. Ale czy opinia publiczna zdaje sobie sprawę z tego stanu rzeczy? Dywagujący nad egzekucją o świcie autor artykułu w Łowcu Polskim najwyraźniej nie.
Wypada się zastanowić w powyższym kontekście nad rzeczą trzecią, czyli rolą myśliwych. Zwierzęta wolno żyjące są zasobem przyrodniczym, dobrem ogólnospołecznym, nad którym pieczę dzierży Skarb Państwa. A myśliwi, będący grupą społeczną, która ma prawo do korzystania z owego naturalnego zasobu na określonych normami prawnymi zasadach, przejmują część obowiązków związanych z konfliktowością powodowaną przez ten zasób. Zakres obowiązków, obejmujących zarówno rekompensatę za szkody wyrządzone przez użytkowane zwierzęta łowne jak i obowiązek “dbania” o ten powierzony zasób – dokarmianie i poprawę warunków siedliskowych - kończy się jednak wraz z granicą obwodu albo sytuacjami takimi jaka miała miejsce w Ciechocinku. Poncjusz Pilatus z PZŁ może umyć ręce, usiąść wygodnie przed telewizorem czy z gazetą, porcją chrupków i butelką piwa, by pooburzać się wraz z członkami Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami nad absurdami wydarzeń z udziałem “powierzonego mu zasobu”, mającymi miejsce wokół nas. Jest to na pewno wygodne, choć ustawodawca daje myśliwym - posiadaczom uprawnień do polowania i broni palnej, prawo do stosownej ingerencji w myśl zapisów ustaw o ochronie zwierząt tudzież o ochronie przyrody. Jednak niejasne, mgliste, często sprzeczne przepisy regulujące to prawo oraz szereg innych aspektów, takich jak ryzyko osobiste, koszty ponoszone prywatnie i obawy przed emocjonalnymi reakcjami opinii społecznej powodują, iż większość myśliwych odnosi się krytycznie do jakiegokolwiek udziału środowiska w tego typu działaniach. Z drugiej strony myśliwy (leśnik) jest postrzegany jako osoba posiadająca kompetencje i środki potrzebne w przypadku „wydarzeń” z udziałem dzikich zwierząt. Weterynarz z Ciechocinka nie zwrócił się do członka klubu strzeleckiego z prośbą o interwencję z bronią palną, lecz do członka PZŁ, a odstrzał redukcyjny/sanitarny bobrów i żubrów nie jest zlecany lokalnym jednostkom Obrony Terytorialnej - też posiadającym sporo karabinów, a nawet czołgi. Ta sytuacja stanowi oczywisty dylemat, wobec którego zarówno środowisko myśliwych, jak i organizacja je reprezentująca przyjmuje postawę strusia, chowając głowę w piasek bądź racząc porcją bambizmu. Radykalne rozwiązania tego dylematu leżą na dwóch przeciwstawnych biegunach – jednym z nich jest całkowite odżegnanie się myśliwych od wszelkich działań niezwiązanych z polowaniem, zakaz jakiegokolwiek udziału w nich osób dysponujących bronią palną z tytułu posiadania uprawnień łowieckich. I skoncentrowanie się na tym co stanowi mocną stronę polskiego myślistwa. Na przykład celebrowaniu mszy Hubertowskich lub organizowaniu kursów gotowania dziczyzny dla pań z Klubu Dian Polskich. Dla administracji państwowej jest to kwestia sfinansowania i stworzenia profesjonalnych służb porządkowych działających w zakresie obejmującym kompleksową problematykę zakreśloną ustawami o ochronie zwierząt, ochronie przyrody, przepisami porządkowymi, sanitarnymi i innymi, z nowopolska nazywanym „Wildlifemanagement”. Służb będących w stanie również dokonać redukcji byków jelenia w III klasie wiekowej. Drugim biegunem jest przejęcie rozszerzonego zakresu obowiązków wobec “użytkowanego zasobu” przez samych myśliwych i istniejące łowieckie struktury organizacyjne.  Przy zagwarantowaniu przez ustawodawcę stosownych ram prawnych i sfinansowaniu środków, szkoleń etc. Ten drugi biegun determinowany jest przede wszystkim konsensem w środowisku myśliwych i gotowością do przejęcia rozszerzonego zakresu odpowiedzialności za „powierzony zasób przyrodniczy”. 
Przyszłość z pewnością pokaże czy stan obecny będzie trwać wiecznie, czy też w zakresie „Wildlifemanagement” polskie łowiectwo zacznie dryfować w kierunku jednego z tych biegunów. Wobec braku dyskusji na ten temat pozostaje jednak w tej chwili delektowanie się lekturą artykułu Marka Ledwosińskiego, po przeczytaniu którego wypada właściwie zerknąć na okładkę i sprawdzić czy studiowało się “Łowiec polski”, czy też „Dzikie Życie”. Przez pomyłkę.

poniedziałek, 16 maja 2016

O szopie, czyli jamniku tej świni... Bucowspomnień czar II.

W pewną księżycową pełnię Daniel A. Kałużycki, zalewając się nie tylko łzami, jął wspominać:
Wczoraj wieczorem zebrało mi sie na krótki wyskok. Do lasu. Naraz wrzuciłem broń do samochodu i jazda... Po przyjeździe na miejsce stwierdziłem, że A. Zapomniałem kapelusza. B. Zapomniałem lornetki. Wypuściłem psa i zacząłem siem zastanawiać czy nie wrócic po te gadżety. Bo bez kapelusza to żadne polowanie... Ale, że się już późnawo robiło to postanowiłem się przejść, otropić, przysiąść gdzieś na papierosa, a potem, jak sie zacznie już ściemniać, wrócić. Wziąłem więc karabin, plecak i naboje (tych nie zapomniałem) i idę. Idziemy. Pies kawałek z przodu. Raptem widzę, że go zamurowało i robi klasyczną stójkę – niczem wyżeł albo inny wajmar, tylko taki nisko zawieszony. Stoi przed jeżynami porastającymi kawałek rozwalającego się płotu z siatki. No i ogląda się na mnie. Podchodzę więc bliżej - w jeżynach coś szeleści. Patrzą na mnie dwa szopy, które ze stoickim spokojem, ignorując nas, zabierają się do konsumpcji jeżyn. Z lewej i z prawej też ruch. Znaczy, że jest ich jak mrówków. Zaczynam się zastanawiać czy strzał katyński do szopa - tj. po przyłożeniu lufy do potylicy, jest właściwie etyczny… Jamnik musiał widocznie opacznie zrozumieć moje drapanie się po głowie przy tych przemyśleniach, bo nie czekał do ich końca, tylko wzion i wpierdolił się w te ostrężyny – od parteru niejako. Potem zaczęła się Sodoma i Gomora. Skrzekot, harmider, wściekłe piski... O rzesz ku... O rzesz ku...! Jeżyny się trzęsą, nic nie widać, gdy próbuje rozchylić to badziewie prycha na mnie wściekle jeden a potem drugi Zorro... Nic to. Udaje mi się kosztem ofiar w odzieży i zadrapań dotrzeć w pobliże placu boju. Jamnik się ostro napierdala z jednym szopem, chyba ze dwa albo trzy kibicują. Na szczęście wszystko młodzież. Staram się rozdzielić nogą kłębek złożony z wściekle gryzących się nawzajem zwierzaków między pędami kłującego jak cholera zielska. Z takim rezultatem, że szop łapie mnie za nogawkę. A przy okazji ktoś mnie ugryzł też powyżej kostki. Jamnik się potem przyznał, że to był on. Niechcący. I przeprosił. No więc jak ten szop mię za nogawkę, to ja go za kark i targam z tych jeżyn. Razem z jamnikiem, który się przyczepił jak rzep do szopiego ogona. Nie wiedziałem, że szopy mogą być takie ciężkie. W końcu wylazłem z tych chaszczy. Jamnik odpadł, ale mu odbiło i szalał, usiłując dorwać się do szopa. Też nigdy dotąd nie widziałem, coby taki mały pies, na takich krótkich nogach, mógł tak wysoko skakać. Stoję więc jak Parteigenosse NSDAP na zjeździe w Monachium w 1938 roku - z ramieniem wyciągniętym do znanego pozdrowienia. I szopem w garści. Naturalnie nie ryczę przy tym „hajhitla!", lecz staram się łagodnie wyperswadować jamnikowi, żeby się wreszcie odpierdolił. I myślę sobie – szto dielac? Jak to kiedyś znany klasyk też myślał. Tymczasem szop tylną łapą wczepił się w mój rękaw i robi coś w rodzaju salta w zwolnionym tempie, drapiąc przy tym niemiłosiernie. No więc spuszczam trochę z tonu i z poziomu, na co tylko czeka jamnik i znowu łapie biednego, wrzeszczącego głośniej niż ja, szopa za ogon. No to ja jamnika za obrożę. I tutaj robi się pat, ponieważ ewidentnie brakuje mnie jeszcze jednej ręki. Albo dwóch. Udaje mi się jednak wyrwać ten szopi ogon z paszczy pchlarza pierdolnąć go z powrotem w te jeżyny. Razem z szopem. Który nawet nie powiedział dowidzenia. Bilans spotkania nie był taki zły. Parę zadrapań, trochę kolcy w skórze i nic więcej. Tzn. u jamnika. Reszta wyglądała gorzej.
Nic to. Na wszelki wypadek wsadziłem jamnika do plecaka i idziemy. 200-250 metrów dalej, za laskiem, stoi parę saren. Różnej płci i wieku. Dają się podejść na niecałe 100 metrów. Ale… broń niezaładowana... też nic to. Idziemy na zwyżkę zapalić po jednym i trochę ochłonąć ze szopów. Znaczy się pali tylko jeden, bo jamnikowi nie wolno. Nie ma jeszcze 18-stu lat. Po ok. pół godzinie z rudelka saren, który przesunął się na bezpieczną odległość, oddziela się jedna sztuka i powoli ciągnie w naszą stronę. Jednoznacznie siuta, na które wolno polować od maja. W pierwszym momencie wziąłem ją za wyrośnięte koźle. Po strzale zniknęła w lasku. Po następnym papierosku zeszliśmy ze zwyżki. Pies znalazł sarnę po kilku minutach. Niezbyt dobrze strzeloną - na „blat" - komorę co prawda, jednak kula uszkodziła również przeponę z nieciekawymi skutkami. Pies dostał swoje i czekał. Po wypatroszeniu wziąłem patrochy i fotopułapkę. Patrochy się zakopuje wg. przepisów na głębokości co najmniej 50 cm. Przed zakopaniem warto postawić przy nich fotopułapkę, żeby wiedzieć kto się też sarniną w obwodzie interesuje. Kiedy się przyjeżdża po 2-3 dniach, aby te patrochy zgodnie z przepisami zakopać, to z reguły nie ma co zakopywać - nawet szpadla nie trzeba brać. A na fotopułapce są zarejestrowane różne ciekawe rzeczy. Warto więc mieć ten sprzęt przy sobie – i to raczej z najniższej półki cenowej, ponieważ obywatele zbierający na przykład grzyby, często mylą owe urządzenia z prawdziwkami. Co jest w przypadku sprzętu za kilka tysięcy złotych dość bolesnym. Jamnik w czasie instalacji pilnował sarny i plecaka. Pojechaliśmy do chłodni. Tusze wypadało dokładnie opłukać i powycinać silnie zabrudzone fragmenty. Dojechał kolega, ucięliśmy pogawędkę, pies czekał. Wsiadam już do samochodu, ciesząc się perspektywą jakiegoś piwka, ale ten samochód cuś brzydko pachnie… Jamnik udaje, że nic nie czuje. Dokładna inspekcja jednak wykazuje, że jamnik – TA ŚWINIA – nażarł się pozostałości po patroszeniu ze sporą ilością sarniej treści żołądkowej. I te pozostałości po prostu wyrzygał w samochodzie. Nie na siedzenia czy podłogę... cotototonie... lecz na kurtkę, która leżała na podłodze. Moją kurtkę.
Tak się nie robi... żeby przynajmniej jakiś kolega z nami był...

poniedziałek, 9 maja 2016

Co czujesz w trakcie oddawania strzału?


Z takim lub podobnym pytaniem zapewne części z nas przyszło już się zmierzyć. To chyba dobre słowo, bo choć samo pytanie wydaje się banalne, to udzielenie na nie odpowiedzi stanowi nie lada wyzwanie. Pół biedy, gdy zostanie zadane przez osobę, którą powoduje czysta ciekawość. Gorzej, gdy ta osoba jest przeciwnikiem polowań a samo pytanie służy jej jako narzędzie do stawiania myśliwych pod murem w celu potwierdzenia własnych wyobrażeń na temat patologicznych zachowań, które im przypisuje.

Ciekawe, że nie słyszymy o podobnych pytaniach skierowanych do rzeźników tudzież innych gospodyń domowych zabijających własnoręcznie kury. Dlaczego akurat myśliwi? Z pewnością niejeden ekologistyczny aktywista mógłby udzielić niejednej barwnej, choć pełnej paradoksów i infantylnej odpowiedzi w tej kwestii. 

Cóż jednak robić, jeśli już takowe pytanie się pojawi? Czy w ogóle jest sens robić cokolwiek? Oczywiście, można całkiem sprytnie z niego wybrnąć, ripostując: odrzut. Krócej raczej już się nie da. Tak przynajmniej zaproponowali twórcy Ambasady Łowiectwa, czyli grupy w mediach społecznościowych, której celem jest promowanie myślistwa naszego niepospolitego. Jednak na ile prawdziwa jest taka odpowiedź? Pomijając to, że może być odebrana jako zachowanie typowego macho, który potrafi napierdalać bez opamiętania, ale niewiele przy tym myśli i jeszcze mniej czuje. O skali trudności w poszukiwaniu satysfakcjonującej riposty niech świadczy choćby przebieg rozmowy w audycji „Przed hejnałem” w Radio Kraków. Jej motyw przewodni stanowiła kontrowersyjna obecność dzieci na polowaniu. Kontrowersyjna oczywiście dla bojówek wymachujących zielonymi kalesonami z hasłem „Eko akbar!”. I tak konfrontowany na antenie z pytaniem o emocje towarzyszące pociąganiu za spust, pewien prawnik-myśliwy wypalił, że nie zamierza się spowiadać. Co nie brzmiało zbyt przyjemnie. Brak odpowiedzi niestety też jest odpowiedzią. Gdy podlejemy całość sosem perwersyjnych rewelacji sprzedawanych na lewo i lewo przez Zenka Kruczyńskiego, podejrzenia, że myśliwi mają coś wstydliwego do ukrycia, mogą mnożyć się jak dziki po solidnym zastrzyku kukurydzy.

Na czym jednak owa trudność polega? Podstawowym problemem jest to, że zdecydowana większość osób parających się myślistwem w ogóle się nad tym nie zastanawia. Bo i po co? Ta zdecydowana większość to też mężczyźni. Niestety facet jest już tak skonstruowany, że z trudem przychodzi mu dokonywanie psychologicznego striptizu, czyli mówienie o własnych uczuciach. Przy czym nie opieramy tego stwierdzenia na naszym widzimisie. Wystarczy nieco pogrzebać w literaturze z zakresu psychologii lub popytać psychologów. Dlatego też duet Bołoz-Kałużycki, zamiast męczyć się z płcią wyposażoną w atrybuty pokroju penisa czy brody, postanowił pójść na skróty i pomolestować owym pytaniem bardziej emocjonalną, kobiecą stronę łowiectwa. Wynik? Zaskakujący. Początkowo spotkaliśmy się ze ścianą milczenia, co zrodziło podejrzenia, że to jest jednak zbyt intymna sprawa. Na szczęście nasze obawy zostały wkrótce rozwiane. W porównaniu z pytaniem dotyczącym pierwszego razu, roznegliżowanie się przy temacie ciągnięcia za cyngiel okazało się być raczej małym pikusiem. Poważny kłopot naszym uroczym myśliwkom sprawiło natomiast wyizolowanie tego momentu z całego procesu zwanego polowaniem. Jak same przyznały, prawdziwie intensywne emocje są przed i po strzale. Trudno więc oddzielić je od krótkiej chwili, w której trzymamy zwierza „na muszce”, by ostatecznie podjąć decyzję o jego zabiciu. Zanim jednak zdradzimy, do czego dokopały się kobiety w zielonych kapelusikach z piórkiem, wyjaśnijmy czym w ogóle są emocje? Najprościej rzecz ujmując, emocja to interpretacja pojawiającego się w ciele uczucia. Takie jakie są nasze myśli, takie są nasze emocje. Pozytywne, negatywne, różne. Warto dodać, że emocje mogą trwać ułamki sekund. Cóż zatem dzieje się w ciałach i głowach naszych rozmówczyń?

Właściwie w każdej relacji przewija się „skok adrenaliny”, skutkujący „palpitacją” serca. Ten skok bywa tak intensywnie odczuwany, że silnie zaburza postrzeganie całej sytuacji. Przenosi jakby w inny wymiar. Wspaniale oddają to słowa jednej z myśliwek:
"Niby jesteś świadomy, bo wiesz co robisz, ale jakby mnie ktoś spytał co wtedy myślę, to kaplica. Nic nie wiem. Jak dla mnie to sekunda zawieszenia. Oddanie strzału to przeżycie nie do opisania w słowa. Targają mną różne emocje, ale nie potrafię ich dokładnie wyrazić”.
Od innej koleżanki po strzelbie dowiedzieliśmy się, że ów skok adrenaliny wyłącza jej słuch, węch, odczuwanie odrzutu. Skupia się maksymalnie na dobrym wykonaniu zadania. Dlatego też do ostatniej sekundy jej myśli krążą wokół tego czy strzał będzie pewny, czy jest kulochwyt, czy strzelić w punkt, czy jednak nieco wyżej i czy cel jest faktycznie tym, którym być powinien. Kolejne niewiasty w zielonych kapelusikach uzupełniają powyższy obraz o element nadziei. Nadziei, że trafią i wszystko szybko się skończy. Mamy więc w tym przypadku do czynienia z pewną dozą niepewności, lęku związanego z konsekwencjami zepsucia strzału. I nie chodzi tu o pudło. Chodzi o zbędny nadmiar cierpienia, który jest co prawda wkalkulowany w myślistwo, ale którego nikt przy zdrowych zmysłach nie chce zadawać. Bynajmniej nie z przyczyn czysto pragmatycznych, lecz przede wszystkim – co podkreślały nasze rozmówczyni - empatycznych. I tego nie zmieni nawet ryk ekologistycznych ideologów, odmawiających na każdym kroku myśliwym oraz myśliwkom właśnie empatii.

Jednak poza opisanym koktajlem złożonym z uczuć, licznych pytań i rozterek, spotkaliśmy się również z koleżankami, dla których moment pociągania za cyngiel nie wiąże się z emocjami. Strzelają „na chłodno”, całą uwagę skupiając na „technicznej” stronie działania. I również tu występuje tzw. zawężone postrzeganie rzeczywistości, wynikające z koncentracji na celu i odcięcia się od różnych bodźców, które w tym momencie stanowią niepotrzebny balast.

Powyższy, skondensowany obraz wypowiedzi naszych rozmówczyń, którym jesteśmy niezmiernie wdzięczni za pomoc, stanowi zaledwie malutki wycinek myśliwskiego wnętrza. Nie ukrywamy, że jesteśmy tylko amatorami, którzy przy przeprowadzaniu tego (chyba pierwszego w Polsce) mini eksperymentu jedynie korzystali z porad psychologów. Niemniej jednak temat wydaje nam się wyjątkowo ciekawy i chętnie zapoznalibyśmy się z wynikami badań przeprowadzonymi zgodnie z naukowym rzemiosłem przez profesjonalistów. I choć poszukiwanie indywidualnej recepty na owo pytanie może przysporzyć wielu trudności a niektórym wręcz wydać się niemożliwe, to uważamy, że tak naprawdę nie ma się czego bać. Zwłaszcza bycia uznanym za czubka. Czy ktokolwiek z Czytelników określiłby po zaprezentowanych wyznaniach nasze rozmówczynie tym mianem? Nawet Zenkowi Kruczyńskiemu i jego stadku by nie wypadało. Dlatego zalecamy każdej osobie parającej się myślistwem dokonanie podobnego eksperymentu właśnie na sobie. Szczerość wydaje się być w tym przypadku kluczem. Także, gdy przyjdzie nam się zmierzyć z wrednym dziennikarzem i nie wiemy jak się zachować. Przecież zawsze możemy dać mu do zrozumienia, że nie mamy nic do ukrycia, lecz nie może od nas oczekiwać banalnej odpowiedzi, pytając o tak złożone kwestie. Takich odpowiedzi może szukać u ideologów bądź polityków, którzy sypią nimi z rękawa. Tymczasem wyjaśnienie tego, co czujemy oddając strzał, wymaga od nas pewnego wysiłku i spokojnej refleksji. A to brzmi zdecydowanie wiarygodniej niż ostentacyjne żachnięcie się na antenie.

środa, 4 maja 2016

Bucowspomnień czar. Czyli jak tego nie robić z psem w lesie.


Redachtor Starszy, biorąc udział w uczonej dyspucie z leśną śmietaną na temat spacerów z psami po lesie, która skupiła się wokół doboru optymalnej długości smyczy, wypalił był historią opartą na autentycznych faktach (prawdziwy cymes, bo rzadko zdarza mu się nie konfabulować):  

No wienc mnie siem historia przypomina. Z linką i długością. Oraz psem. Siedziałem kiedyś na ambonie i strzeliłem do lisa. Lis zrobił salto i uciekł. No… były jakieś znaki na niebie i więcej na ziemi, że lis tego salta nie zrobił mnie na złość. Wziąłem więc i wyciągnąłem psa osobistego z plecaka oraz linkę 10 metrową. Pies ruszył jak w dym. To znaczy najpierw się wpierdolił w wodę zamiast w dym. W środek szerokiego rowu już rozmarzającego. Poszedłem jego przykładem ze skutkiem takim, że ja się przez rów przedostałem jak sarenka, ale jeden z moich gumofilców nie bardzo. Udało mi się jednak go wyłowić i opróżnić z wody i szlamu. Bo głupio tak po lesie w jednym bucie chodzić… Po krótkich perypetiach udaliśmy się wreszcie z psem śladami lisa oraz Trwale Zrównoważonej Wielofunkcyjnej Gospodarki Leśnej. Czyli przez wiatrołom na bagnistym siedlisku, gdzie leśnicy zostawili kupę martwych drzew. Jako żer dla różnych robali. Wysoce ekologicznie przyznać trzeba – tym bardziej, że żaden traktor zrywkowy tam nie wjechał a kunie mało się nie potopiły. Czyli taka Puszcza Białowieska – mająca gdzieś ze 4 hektary. W każdym razie lis szedł dołem, pies też szedł dołem a ja – górą. Pod tymi leżącymi kłodami świerkowymi nie dało się przecisnąć. Mnie przynajmniej. Może jaka szczuplejsza posiadaczka psa by dała radę. Naturalnie, przy lekko oblodzonej powierzchni tych pni to musiało skończyć się źle i skończyło się zaraz jak się zaczęło. Ja pierdolnąłem a szczekająca sznurówka poszła w las jak w dym. Na 10 metrowej lince. Zaczynało się właśnie ściemniać. Tak więc część drugą wypełniły prace syzyfowo-detektywistyczne po resztkach śniegu śladami śladów małych psowatych oraz linki w świetle latarki. Już po kilkuset metrach, może kilometrze uwieńczone sukcesem. Linka się znalazła. Znaczy siem gdzieś metrowy kawałek, który wystawał z lisiej nory. Reszta tkwiła w tejże i zawzięcie ujadała. Próba wydobycia linki z nory powiodła się tylko częściowo. Udało się wyciągnąć jakieś 2 metry. Potem luz. To znaczy ściągnąłem ją psu i wraz z obrożą wydobyłem na powierzchnię Matki Ziemi. Pies został pod powierzchnią. Jeszcze przez 4-5 godzin. Nic strasznego. Tylko ten gumofilc. No i temperatury. Zaczął przemarzać. Przy użyciu wszelkich zbędnych części garderoby spodniej, zabezpieczyłem stopę przed różnicami w temperaturze i cierpliwie czekałem. Rozmyślając między innymi nad tym, na którym drzewie powieszę przy użyciu 10 metrowej linki tego pierdolonego psa jak wyjdzie z tej pierdolonej nory. I czy go zastrzelić przedtem czy potem. Oraz na inne tematy. Przemyślenia przerwał szelest przy drugim wyjściu z lisiego mieszkania koło godziny 22/23. Patrzył na mnie lis. Który potem błyskawicznie szurnął w las. Sekundę a może 5 później pokazał się tam pies. Który następnie po łagodnej perswazji o mocy najwyżej 200 decybeli zdecydował się zaprzestać pogoni. Potem wróciliśmy z polowania do domu. Morał z tej historii? Długość jest ważna. Ale nie decydująca. Jeśli chodzi o linkę dla psa, czyli otok.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Polemiki niesportowej ciąg dalszy. Czyli Witek idzie w zaparte...


W kwietniowym numerze Braci Łowieckiej mecenas Witold Daniłowicz wzion i zapolemizował z treścią naszego felietonu z końca zeszłego roku, w którym kwestionowaliśny określanie i traktowanie polowania jako dyscypliny sportowej. Coby nie szkodzić. Przede wszystkim sobie (treść bucowskich wypocin możecie se odświeżyć tu: KLIK, natomiast  jeśli chcecie zapoznać się z odwetem Witka co sportowcem jest to klikajcie TU – pod warunkiem, że ciąży Wam niecałe 1 euro w sakiewce). W każdym bądź razie nasz Szanowny Interlokutor, kruszący kopie w obronie łowiectwa jako elementu kultury fizycznej, prezentuje triumfalnie i z przekonaniem, wydedukowany na podstawie żelaznej logiki, żelazny dowód na swoje racje, twierdząc iż:

„Łowiectwo jest sportem, bo zgodnie z definicją stanowi aktywność fizyczną wykonywaną dla przyjemności. Quod erat demonstrandum. Czego należało dowieść zostało dowiedzione."

Sugerując, że maluczkim powinien w zupełności wystarczyć ten wywód. Jako dowód. Należy głęboko uchylić kapelusza przed tym przekonaniem, ponieważ Autor udowadnia też w ten sposób, że napopularniejszym sportem na świecie jest… uprawianie seksu. Aktywności fizycznej wykonywanej (przeważnie) dla przyjemności i to w dużo większej skali, niż nawet zabawy z piłka kopaną - o polowaniu nie wspominając. Obiektywnie rzecz biorąc, seks jest bowiem aktywnością wymagającą czasami większego wysiłku niż strzelenie dzika na nęcisku, a większości ludziom sprawiającą też większą przyjemność niźli pozyskanie słonia albo innego okazu z wielkiej piątki. Quod erat demonstrandum. I to codziennie. Na całym świecie. Teraz pozostaje tylko przekonanie uprawiających seks w alkowach i na świeżym powietrzu, iż - wedle opini Witolda Daniłowicza popartej żelaznym, bezdyskusyjnym, logicznym dowodem – biorą udział w globalnym krzewieniu kultury fizycznej. Choć niewykluczone, że niektórzy wzięli sobie do serca encyklikę papieską z 1968 roku, w myśl której owieczkom nie wolno uprawiać tej aktywności dla przyjemności, a jedynie by się rozmnażać oraz zapełniać Ziemię. Więc z punktu definicji nie zajmują się w alkowach sportem amatorskim, lecz wypełniają obowiązki. Jako wyczynowi sportowcy zawodowi.  Po znokautowaniu przeciwników łowieckich sportów tym bezdyskusyjnym argumentem, Witold Daniłowicz jako „wojujący z kozłami“ udowadnia dalej, że bierze udział w walkach i rywalizacji z tymi oraz innymi zwierzętami. Tymczasem ta „walka“ mecenasa Daniłowicza nigdy nie była i nie będzie walką. Przed pójściem na polowanie na kozły nikt nie spisuje testamentu. Autora polemiki, wychodzącego do boju z kozłem nie żegna zapłakana małżonka z gromadką potencjalnych sierot przyczepionych do spódnicy potencjalnej wdowy. Jeśli kozioł wygrał, bo udało mu się przeżyć, to nie znaczy, że wygrał, tylko że dostał  w czapę od kolegi mecenasa. W tym samym sezonie albo w następnym. Tak samo korrida, w której Autor widzi wyraz „zmagań człowieka ze zwierzęciem“, nie jest wcale walką, bojem lub wojną. Torreador,  który przegrał nie ląduje po K.O. w trzeciej rundzie w jatkach jako materiał na karmę dla psów. Tylko w szpitalu. A byk, któremu udało się załatwić w tych zmaganiach nawet tuzin przeciwników wcale nie idzie na emeryturę, by w gronie jałówek i cielątek spędzić ostatnie dni jako weteran na soczystych łąkach i być pochowanym w alei byków zasłużonych. Przeznacza się go do rzeźni. Konstruowanie relacji ludzko-zwierzęcych jako walki, boju, zmagań z równorzędnym przeciwnikiem jest w gruncie rzeczy nadużyciem. Niezależnie od tego, że spotkanie z tym czy innym zającem kończy się źle dla niektórych myśliwych (zając też potrafi ugryźć), czyli istnieje pewien element ryzyka, a szaraki są też z reguły szybsze od przeciętnego członka PZŁ. Polowanie ma to do siebie, iż determinowane jest jednoznaczną hierarchią między drapieżnikiem i ofiarami. Bez wzajemności, która mogłaby mieć wymiar udekorowanej trofeowymi zielonymi kapelusikami jaskini lwa tudzież zajęczej kotliny. Co się zdarza niesłychanie rzadko. W niektórych opowieściach przyogniskowych pojawia się np. motyw szczególnie niebezpiecznego polowania na dziki w naszych szerokościach (lwy i tygrysy nie występują u nas wcale, a chupacabary niesłychanie rzadko i tylko wtedy, gdy jest odpowiedni zapas nalewki). Faktycznie, nie można przeczyć. Dzik jest dziki, dzik jest zły i ma bardzo ostre kły. Polowanie na te zwierzęta jest niebezpieczne. Dla nich samych. Czyli dzików. Bez dwóch zdań. Wystarczy popatrzeć na statystyki.

Jaki jest więc morał z powyższego? Ano taki, że każdy wyjęty z kontekstu absurd da się logicznie i racjonalnie uzasadnić. Quod erat demonstrandum. Pozostaje on jednak absurdem – tak samo jak wychowanie fizyczne w alkowach zy walka na śmierć i życie z szarakiem europejskim. Choć co niektórzy chcą i mogą naturalnie owe czynności widzieć jako wojnę oraz z pełnym przekonaniem uprawiać – włącznie z łowiectwem - dla sportu, tylko sportu i samego sportu.

La petite difference leży zaś w różnych motywach i perspektywach. Inna jest motywacja i perspektywa indywidualnego myśliwego w naszych szerokościach, który poluje, bo lubi i może, choć nie musi i kompletnie inna tego samego myśliwego jako członka grupy, będącej częścią całego społeczeństwa, gdzie dla tego ostatniego znaczenie łowiectwa nie jest tożsame z tym, iż ono odczuwa przyjemność z tytułu upolowania dzika lub słonki. Sama tradycja podejścia i szerokiego traktowania myślistwa jako sportu rozkwitła w XIX wieku, choć ma korzenie sięgające czasów przed Królem Ćwieczkiem albo nawet Heraklesem. Postępująca powszechność postrzegania polowania jako sportu sprzed około 250 – 150 laty rezultowała z ewolucji klasy polującej, postępu technicznego i paru innych przyczyn. Szkopuł w tym, że żyjemy oraz polujemy dwa wieki później, a niektóre powszechnie ongiś akceptowane oraz respektowane recepty dziś nie bardzo funkcjonują. Ponadto dzisiejsza klasa polująca ma, zdaje się, niekiedy trudności z przyjęciem do wiadomości, że właściwie to zaczął się już XXI wiek.

Na zakończenie swojego artykułu w Braci Łowieckiej Witold Daniłowicz deklaruje, że jest zwolennikiem traktowania polowania jako sportu uzasadniając ten punkt widzenia w następujący sposób
Moim zdaniem określenie „sport” używane w odniesieniu do łowiectwa uszlachetnia to ostatnie. Dzięki temu łatwiej wykazać, że myślistwo to nie zwykłe zabijanie zwierząt dla przyjemności, lecz forma aktywności fizycznej, podlegająca określonym zasadom tak prawnym, jak etycznym. Do ich celów należy zaś zapewnienie, że łowiectwo będzie wykonywane w sposób zgodny z zasadami ochrony środowiska i dający zwierzynie szansę w starciu z myśliwymi.
Tymczasem mamy dziś do czynienia z diametralnie odmiennym postrzeganiem łowiectwa „wewnątrz“ i z „zewnątrz“ – tzn. przez ludzi polujących i nie parających się łowiectwem. Niepolująca  większość społeczeństwa, która w warunkach praktykowanej demokracji odgrywa rolę suwerena decydującego o kształcie i formie współczesnego polowaniania, podziela w coraz mniejszym stopniu tradycyjny wizerunek łowiectwa i nie dostrzega jego niuansów. Paradoks ten doskonale uwidaczniają np. badania postrzegania łowiectwa, przeprowadzone ponad 10 lat temu w ramach projektu kilku psychologów z Instytutu Medycyny Sądowej w Bremie. Mimo iż te badania obejmowały niestety stosunkowo niewielką grupę polujących i niepolujących respondentów (738 osób) i były ograniczone w czasie oraz przestrzeni, to ich wymowa jest dość jednoznaczna.

Ankietowani myśliwi sprowadzają niechęć do łowiectwa do przyczyn tkwiących w stereotypach, społecznym dystansie do przyrody, deficycie doświadczeń czy też braku wiedzy na temat tego co i jak robią myśliwi. Czyli czym jest współczesne łowiectwo.

Natomiast – jak widać powyżej – zapytani o to samo niepolujący formułują bardzo konkretne zastrzeżenia, których tło z pewnością determinowane jest stereotypami, (rosnącym) dystansem do przyrody, nieznajomością zasad wykonywania polowania, lecz dotyczą one zasadniczo stosunku do zwierząt. W ich centrum leży kwestia zabijania zwierząt. Mechanicznie negowana jest śmierć zwierząt, będąca (wyłącznie) rezultatem dążenia do osiagnięcia przyjemności. Widoczny jest brak akceptacji dla polowania jako sportu. Niechęć budzi manifestowanie przez myśliwych radości i satysfakcji z tytułu osiągnięcia celu polowania – pozyskania zwierzyny, zabicia, czyli  „wygrywania” rywalizacji i czegoś co Witold Daniłowicz chce widzieć jako walkę i zmagania ze zwierzęciem.

I choć brak konkretnych danych na temat podobnych badań opinii publicznej w Polsce, to z dużą dozą prawdopodobieństwa dałyby one zbliżone wyniki. Dlatego wypada być ostrożnym z wyciąganiem wniosków odnośnie akceptacji własnych przekonań przez opinię publiczną. W myśl zasady: „po pierwsze nie szkodzić”.

P.S. Witold Daniłowicz określił powyższą polemikę do jego polemiki jako „pisaną dla sportu”, niemerytoryczną „zabawę językową”. Przyznać musimy, że pan Witek to twarda sztuka.